Trwa ładowanie...
d1ul6r2

Auta elektryczne to dopiero początek - na wodorze zajedziemy dalej!

Wiele koncernów zapowiedziało miliardowe inwestycje w produkcję samochodów na prąd i akumulatorów do nich. W rzeczywistości jednak będzie to tylko etap przejściowy w rozwoju motoryzacji. Prawdziwa przyszłość to wodór. Z wielu powodów. Dziś poruszymy pierwszy z nich: tankowanie i zasięg.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
W przypadku samochodów napędzanych wodorem nie istnieje ani problem z zasięgiem, ani z bateriami
W przypadku samochodów napędzanych wodorem nie istnieje ani problem z zasięgiem, ani z bateriami (PAP, Fot: Tomasz Gzell)
d1ul6r2

W zasadzie nie ma tygodnia, by któraś z dużych marek o globalnym zasięgu nie zaprezentowała swojej wizji samochodu elektrycznego. I trzeba przyznać, że w wielu przypadkach ta wizja wydaje się kusząca i sensowna. O i le jeszcze kilka lat temu zasięg na jednym ładowaniu na poziomie 150 km uznawano za wystarczający, to obecnie mówi się już o 400-500 kilometrach.

Do tego poprawiają się osiągi, czas ładowania skraca się, a ceny – spadają. Kiedyś auta elektryczne to były tandetnie wykonane, małe zabaweczki bardziej przypominające wózek używany przy grze w golfa. Przedstawiane ostatnio projekty to pełnowartościowe limuzyny, SUV-y, kompakty, w dodatku najczęściej klasy premium.

Sęk w tym, że owszem, zdecydowana większość takich samochodów ujrzała światło dziennie, ale jeszcze nie wyjechała na ulice. Tymczasem modele produkcyjne zdolne na jednym ładowaniu przejechać więcej niż 200-300 km policzyć można na placach jednej ręki. Powód: choć na przestrzeni ostatnich 10-15 lat baterie bardzo zyskały na efektywności (w 2010 r. z jednego ich kilograma "wyciskano" 100-140 Wh, dziś jest to 240-260 Wh), to nadal są duże i ciężkie – zestaw do kompaktowego samochodu waży 200-300 kg.

Ładowarka dla samochodów elektrycznych WP.PL
Ładowarka dla samochodów elektrycznych

Jak dużą jest to przeszkodą, najlepiej widać na przykładzie branży telefonów komórkowych – co chwilę zyskują lepsze aparaty, wydajniejsze procesory, oszczędniejsze ekrany. Jednak od wielu lat nikt nie potrafi wyraźnie i znacząco wydłużyć ich pracy na jednym ładowaniu, bez jednoczesnego powiększenia baterii i zwiększenia wagi.

d1ul6r2

Do wagi i objętości baterii dochodzi problem napełniania ich energią. I zaczyna się on już w przydomowym garażu. W przypadku modeli o zasięgu przekraczającym 200 km, nawet całonocne "tankowanie" ze zwykłego gniazdka może nie wystarczyć. Nowy Nissan Leaf potrzebuje *aż 15 godz. do pełnego naładowania *akumulatorów w ten sposób. Oczywiście koncerny nieustannie pracują nad przyspieszeniem tego procesu, a dostępne już np. w miastach ładowarki są w stanie zapełnić 80 proc. baterii w ok. 45 min. To jednak nadal dużo za długo, jeśli myślimy o dalszych podróżach.

Nissan Leaf - nowy model na rok 2018 / fot. Mateusz Żuchowski WP.PL
Nissan Leaf - nowy model na rok 2018 / fot. Mateusz Żuchowski

Porsche już testuje urządzenia o mocy 350 kW i napięciu 800 Voltów, dzięki którym w maksymalnie 5 minut będzie można napełnić baterie do poziomu pozwalającego przejechać 100 km. Kilka niezależnych koncernów (głównie z Chin) sprawdza w praktyce działanie specjalnych systemów zatapianych w drodze, które ładują pojazdy indukcyjnie podczas jazdy. To jednak póki co mało efektywne, a dodatkowo szalenie kosztowne rozwiązanie – przynajmniej milion euro za kilometr sieci w asfalcie...

Wysokie ciśnienie i koszt budowy stacji tankowania

W przypadku samochodów napędzanych wodorem nie istnieje ani problem z zasięgiem, ani z bateriami. Z technicznego punktu widzenia auta wodorowe dzielimy na spalinowe (paliwo jest spalane w klasycznym silniku spalinowym) oraz elektryczne – ich motory są zasilane prądem, ale nie jest on magazynowany w bateriach tylko "na bieżąco" powstaje w ogniwie paliwowym.

d1ul6r2

Technologię tę upowszechniła Toyota – już pracuje pod maską modelu Mirai *(to pierwsze seryjnie produkowane auto wodorowe na świecie). Dzięki temu w 2020 r. wodór trafi też do Lexusa LS* - co wydaje się mądrą decyzją, w tym segmencie rynku i tak już drogich samochodów, wybór alternatywnego rodzaju napędu może być dla konsumentów łatwiejszy.

Mirai Materiały prasowe
Mirai

Mówiąc krótko, flagowa limuzyna Japończyków będzie miała na pokładzie małą elektrownię, która zamieniała będzie wodór w prąd, a ten z kolei trafiał będzie do silników napędzających koła. W takim wypadku zasięg nie będzie zależny od tego, na jak długo podłączymy się do gniazdka z prądem tylko od tego, ile wodoru będziemy mieli w baku. A ten tankuje się błyskawicznie – napełnienie do pełna zbiornika w Mirai trwa dokładnie tyle, co nabranie pełnego baku benzyny. Kolejny plus to waga: zestaw ogniw paliwowych waży 50-60 kg, podczas gdy baterie w przeciętnym aucie elektrycznym... tak, jak już wspomniałem od 200 do 300 kg.

Mamy więc w zasadzie nieograniczony zasięg, brak baterii, kłopotów z ładowaniem, niższą wagę ale także… problem z infrastrukturą. Słupki z prądem do ładowania elektryków stawia się szybko, stacje do tankowania wodoru to już wyższa szkoła jazdy – jedna kosztuje 1,5 mln euro! Do tego dochodzi transport i magazynowanie surowca – trzeba go mocno kompresować, do baków wtłaczany jest pod ciśnieniem 700 barów!
Mimo to dystrybutory z oznaczeniem "H" można już spotkać w USA, Japonii, Chinach czy Niemczech.

Hybrydowy Lexus LS (jeszcze bez wodoru na pokładzie) Materiały prasowe
Hybrydowy Lexus LS (jeszcze bez wodoru na pokładzie)

W wielu przypadkach są umiejscowione na normalnych stacjach benzynowych. Nasi zachodni sąsiedzi mają już 50 stacji wodorowych, a do 2023 r. planują zwiększyć ich liczbę ośmiokrotnie. To jasno dowodzi, że nie wszyscy widzą przyszłość w elektrykach. I że nie musi ona być tak bezpośrednio elektryzująca, jak to się niektórym się dzisiaj wydaje.

d1ul6r2

Podziel się opinią

Share

d1ul6r2

d1ul6r2