Trwa ładowanie...
Przejechałem najniebezpieczniejszą drogę świata najtańszą terenówką i żyję. Strach był
Źródło: WP.PL, fot: Michał Zieliński
22-06-2018 16:18

Przejechałem najniebezpieczniejszą drogę świata najtańszą terenówką i żyję. Strach był

On jest wielkości paczki zapałek, ma malutki silnik i uroczą nazwę. Ona jest jedną z najniebezpieczniejszych dróg świata i zabrała życie tysiącom osób. Lecąc na przejażdżkę Suzuki Jimny po Yungas Road miałem w głowie jedno. "Ja stamtąd nie wrócę".

Nie jestem typem osoby, którą ciągnie do ryzyka. Lubię o nim czytać, oglądać, fantazjować, ale gdy przychodzi do działania zawsze znajdę powód, by tego czegoś nie zrobić. Tak też zresztą było w tym wypadku. Kiedyś w rozmowie z tatą rzuciłem, że chciałbym przejechać się po boliwijskim Yungas Road, najlepiej małym Suzuki Jimny. Zupełnie tak, jak zrobili to w brytyjskim Top Gearze.

Sprawdziliśmy loty, lokalne wypożyczalnie samochodów. Wyglądało, że taki wyjazd może się udać. Koniec końców stwierdziłem, że pomysł dobry, ale i tak go nigdy nie zrealizuję. Poszedłem spać. Rano obudziłem się i zobaczyłem sms-a "lecimy do Boliwii". Na odwrót było już za późno. Jedyną niewiadomą pozostawał samochód. Jimny akurat był niedostępny w wybranym terminie. Na dzień przed wylotem udało się go jednak zarezerwować. Wreszcie miałem spełnić swoje marzenie o powtórzeniu jednego z wielu wyczynów trójki najpopularniejszych prezenterów motoryzacyjnych świata.

Problemy od samego początku

Na lotnisko w La Paz dotarliśmy wcześnie rano. Plan był taki, by szybko odebrać auto i ruszyć w góry. Przejechać trasę, nie zginąć i na wieczór wrócić do boliwijskiej stolicy. Cytując Jeremy’ego Clarksona, "jak trudne to może być"? Szybko przekonaliśmy się, że – zupełnie jak w jego programie – bardzo trudne. Choć początkowo recepcjonistka w wypożyczalni gdzieś przepadła, już po chwili siedzieliśmy w małej terenówce. Na liczniku miała około 100 tys. km przebiegu, a jej stan pozostawał wiele do życzenia. Nieważne. Jedziemy.

Źródło: WP.PL, fot: Michał Zieliński

A przynajmniej tak nam się wydawało. Większe ulice największego miasta Boliwii są doszczętnie wypełnione samochodami, a ważniejsza od obowiązujących przepisów jest głośność klaksonu. Gdyby tego było mało, La Paz położone jest na górzystym terenie, więc niektóre uliczki wydają się być praktycznie pionowe. Nieco ponad 80-konny silnik małego suzuki nie ze wszystkimi sobie radził, więc trzeba było szukać objazdów.

d25jauw

Samochód nie zawiódł

Dwie godziny później wyjechaliśmy na drogę prowadzącą do Yungas Road. Wtedy mieliśmy czas, by na spokojnie przeanalizować Jimny'ego. Nigdy wcześniej nie miałem styczności z tą małą terenówką, ale zawsze mi się podobała. Jest tania, prosta i trochę absurdalna, więc idealnie wpisuje się w moje upodobania.

Źródło: WP.PL, fot: Michał Zieliński

W rzeczywistości okazała się właśnie tym, co sobie na jej temat wyobrażałem. Komfort jazdy jest praktycznie zerowy, jakość wykonania pozostawia wiele do życzenia, ale jest praktycznie i funkcjonalnie. To nie jest modny crossover, którym pojedziesz się polansować pod hipsterską knajpą. W Jimnym wszystko jest podyktowane użytecznością i obniżaniem ceny. Zakochałem się.

Do Yungas Road prowadzi niezwykle malownicza, dwupasmowa szosa. Asfalt jest prosty, widoki porywające, nic nie zapowiada, że w tych rejonach jest droga, na której ginęły setki osób rocznie. Po godzinie jazdy docieramy do wjazdu na dawną trasę. Dzisiaj już korzystają z niej tylko turyści, ale do 2009 r. był to jedyny łącznik pomiędzy rejonami miejscowości Coroicco a stolicą Boliwii. Po ciasnej, krętej, górskiej drodze pędziły przeładowane autobusy, a rocznie ginęło tam nawet 300 osób. Jeden zły ruch kończył się zjechaniem w skarpę, tórej wysokość może wynosić nawet 600 metrów.

Łatwiej jest wracać

Nim wsiadłem do samolotu, dokładnie przeanalizowałem trasę i wiedziałem, z której strony powinniśmy wjechać na Yungas Road. By zwiększyć bezpieczeństwo, na drodze panuje ruch lewostronny. Jadąc w stronę La Paz auto przez większość czasu znajduje się przy skale, co zmniejsza szanse nieplanowanego odwiedzenia dna kanionu. Mówiłem przecież, że nie lubię ryzyka.

Źródło: WP.PL, fot: Michał Zieliński

Wracamy więc na nowszą trasę i jedziemy w stronę Coroicco. Przejechanie 50 km zajmuje kolejną godzinę. Tym samym pojawia się nowy problem – czas. Gdy u nas jest lato, w Boliwii słońce zachodzi około 18.00. O ile przejazd do La Paz po zmroku nie byłby problemem, to wycieczka krętym Yungas Road nie skończyłaby się najlepiej. Całe szczęście, że gdy zobaczyłem drogę od tej strony, spanikowałem i kategorycznie odmówiłem wjazdu na nią.

d25jauw

Strach daje się we znaki

Oto w naszym kierunku zbliżała się wielka ciężarówka. Samochód tak wielki, że na drobne suzuki zaczynało brakować miejsca na drodze. Z przerażaniem w oczach patrzyłem, jak pędzi prosto na nas. Zjechałem w stronę skały, a kierowca przeleciał obok jak gdyby nigdy nic. Z zakrętu wyjeżdżał kolejny taki sam pojazd. "Nie ma opcji", powiedziałem. Wracamy.

Źródło: WP.PL, fot: Michał Zieliński

Dopiero po kilku kilometrach dotarło do mnie, że to nie był wjazd na Yungas Road. Do dziś nie wiem co to było, ale przecież w Top Gearze widziałem, którędy się tam wjeżdża. Trzeba przejechać przez małą osadę, skąd można udać się w dalszą podróż, a w miejscu, w którym byłem, osady nie było. Znalazłem ją kilka kilometrów dalej i faktycznie było jak w telewizji. Nie było też pędzących ciężarówek.

Było za to sporo turystów i kilka vanów otoczonych rowerzystami. Tak, najniebezpieczniejsza droga świata to atrakcja dla cyklistów, którzy – jak się później okazało – są również jednym z największych problemów trasy. Głośno wypuszczam powietrze z ust i wjeżdżam na Yungas Road. Do zachodu słońca zostały dwie godziny, a przed nami 64 kilometry niebezpiecznej wspinaczki w małym, wypożyczonym suzuki. Jadę ostrożnie i uważnie, aż dociera do mnie coś nieoczekiwanego. "Tutaj wcale nie jest tak strasznie!".

Strach? Jaki strach?

Szosa, choć nie jest zabezpieczona, bez problemu mieści Jimny'ego. Nawierzchnia jest tragiczna, ale dla japońskiego malucha to żaden problem. Dziarsko pędzi, zachęcając do odważniejszej jazdy. W pewnym momencie nawet się relaksuję i podziwiam widoki. Nie myślę o tym, że obok jest kilkusetmetrowy dół. Nagle naszym oczom ukazuje się rozpędzony rowerzysta, który wyskakuje zza ślepego zakrętu. Ewidentnie zignorował przepis nakazujący jazdę po lewej stronie drogi.

Źródło: WP.PL, fot: Michał Zieliński

Skończyło się na chwili paniki, ale nikomu nic się nie stało. Czytałem, że wielu śmiałków, wybierających przejazd Yungas Road w ten sposób, pierwszy raz w życiu siedzi na rowerze właśnie w Boliwii. Nawet nie chcę się zastanawiać co przechodzi im przez głowę, gdy decydują się na taką wycieczkę. Redukuję bieg i kontynuuję wspinaczkę, uważnie obserwując zegarek oraz licznik przebiegu. Wygląda na to, że uda się zjechać z trasy przed zachodem słońca.

d25jauw

Wyścig z czasem

Zaletą późnej godziny jest systematycznie zmniejszająca się liczba rowerzystów na trasie. Gdy zauważam, że nie widziałem ich od dobrych 10 minut, w lusterku pojawia się pędzący samochód. Kurz rozchodzący się za rodzinnym vanem sugeruje, że jedzie dość szybko. Grzecznie zjeżdżam do lewej strony, a ten wyprzedza mnie. Teraz ten widok nie jest przerażający, ale gdybym jechał tu dekadę wcześniej, pewnie takich sytuacji byłoby znacznie więcej. Nawet nie chcę myśleć, jak by się to skończyło.

Źródło: WP.PL, fot: Michał Zieliński

To, na co nie można nie zwrócić uwagi, to liczba krzyży ustawionych wzdłuż drogi. Przypominają o wszystkich tych, którym nie udało się jej przejechać. Budzą grozę i mimo wszystko każą traktować trasę z szacunkiem. Słońce chyli się ku zachodowi, a licznik wskazuje, że do przejechania zostało jeszcze sporo. W tym momencie trafiam na chyba najtrudniejszy odcinek trasy. Przebiega przy wodospadzie, a niedługo po nim jest spory podjazd.

Już na finiszu

Teraz jedziemy już wśród chmur. Sama końcówka. Na ostatnich kilometrach droga zmienia swój bieg, więc teraz zamiast przy skale jadę przy krawędzi. Strach jest, ale staram się nie myśleć o wielkim kanionie obok. Zresztą, w mgle i tak nic nie widać. O tej porze nie ma też innych osób na drodze. Jesteśmy sami. Dociera do mnie, jakie to przyjemne i przerażające jednocześnie. Gdyby coś się stało, nie byłoby nikogo, kto mógłby nam udzielić pomocy.

Źródło: WP.PL, fot: Michał Zieliński

Całe szczęście tak się nie dzieje. Ostatni zakręt i na horyzoncie widzę już miejsce, w którym Yungas Road widziałem po raz pierwszy. Jakieś pamiątkowe zdjęcia i ruszamy w stronę La Paz. Spoglądam na zegarek. Przejazd zajął nam nieco ponad półtorej godziny, do miasta jedziemy więc po zmroku. W tym momencie się orientuję, że nie jadłem, odkąd tu przylecieliśmy. Dopada mnie głód, ale o tym nie myślę. Przypominają mi się za to moje obawy przed wyjazdem. Uśmiecham się zadowolony, że mimo wszystko zdecydowałem się przejechać tę trasę. Ale czy bym ją powtórzył? Raczej nie.

Źródło: WP.PL, fot: Michał Zieliński

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.

Podziel się opinią

Więcej tematów