Ford umie robić szybkie samochody. Tu nie ma miejsca na żadną dyskusję. Pierwsza generacja Mustanga, w Europie Escort Mark I, Lotus Cortina, Sierra Cosworth, Escort Cosworth, teraz Focus ST i RS... firma spod znaku błękitnego owalu w tej kwestii nie ma się czego wstydzić. Owszem, raz na jakiś czas księgowi wygrywają z inżynierami i Ford wprowadza na rynek przerażającego knota, ale przynajmniej w Europie zdarza się to już bardzo rzadko. Gdy za rok europejska Fiesta trafi do sprzedaży w USA, to w kraju kierowanym przez 44. prezydenta można będzie kupić już dwa fajne Fordy: Mustanga i Fiestę. Lada moment Mustang zostanie zrestylizowany (parę słów o tej przemianie w dziale „Metal” na stronie 12), ale nasz testowy Shelby żadnych przeróbek nie potrzebuje. Pozornie prosty, pod względem osiągów jest jednak superautem: setka w 4 sekundy z małym ogonkiem, maksymalna ponad 270 km/h. Spełnia także najważniejszy – oprócz bojowego
wyglądu – warunek: aby przeżyć nim jazdę, trzeba się GT 500 trochę bać. Za kierownicą tego wozu nie można stracić koncentracji ani na chwilę, więc ja, osobnik o niskim ciśnieniu krwi, piłem Red Bulla. Litrami. Dla kogoś, kto dotąd jeździł wyłącznie typowymi, przednionapędowymi autami, najczęściej zaopatrzonymi także w ESP, jazda Fordem Shelby GT 500 podczas ulewy to recepta na wyjątkowo spektakularne samobójstwo. Wiem, co mówię, bo przejechałem nim nocą trasę z Warszawy do Poznania podczas prawdziwego potopu – mnie się podobało, ale nie jest to rozrywka dla każdego. Właściwie wszystkie aspekty prowadzenia tego wozu są trudne. Elementy sterowania wymagają szczególnej mieszanki fizycznej siły i precyzji, czyli wewnętrznie sprzecznego połączenia cech, których kobiety szukają u mężczyzn. Zazwyczaj bezskutecznie.