WP

Podatek za większy silnik. Mądry pomysł czy ekobzdura roku?

Zdaniem Mateusza Morawieckiego auta z dużymi silnikami znacznie bardziej zanieczyszczają środowisko, więc należy… nałożyć na nie wyższe podatki. W rzeczywistości będzie to kolejna ekodanina, która nie ma absolutnie nic wspólnego z ekologią. Jej jedynym zadaniem będzie wyciągnięcie kasy z kieszeni kierowców.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Podatek za większy silnik. Mądry pomysł czy ekobzdura roku?
(PAP)
WP

Premier publicznie podzielił się swoim pomysłem podczas odbywającej się w Katowicach międzynarodowej konferencji poświęconej ociepleniu klimatu. Przyznał, że rząd poważnie zastanawia się nad wprowadzeniem nowego podatku dla aut o pojemności silnika większej niż 2,0-2,5 litra.

Na razie nie wiadomo, jaką formę będzie miała danina (płacona jednorazowo? Rocznie? Według jakich kryteriów?) ani jakie będą jej stawki. Niemal pewne jest natomiast, że zapłacić ją będą musieli zarówno ci, którzy kupują nowe auto w salonie, jak i sprowadzający używane pojazdy z zagranicy.

Fotolia
Podziel się
WP

Po co nam nowy podatek? Zdaniem Morawieckiego to forma walki z zanieczyszczeniem środowiska. Innymi słowy, premier uważa, że:

  1. Auta z większymi silnikami z gruntu rzeczy są nieekologiczne.
  2. Jeżeli ktoś chce bardziej "truć" środowisko większym i mocniejszym autem, to może to robić, ale pod warunkiem, że za to zapłaci.

W jednym i drugim przypadku premier nie zdradza swoich prawdziwych intencji, które są prawdopodobnie inne – czyli to nie ma być danina ekologiczna, tylko kolejny podatek, głównie od wzbogacenia się. Dlaczego?

Obecnie obowiązująca akcyza jest najlepszym dowodem na to, że system opodatkowania samochodów w Polsce jest kompletne nieadekwatny do czasów, w których żyjemy. Sprowadzenie 15-letniego diesla z rzeczywistym przebiegiem w okolicach 500 tys. km, bez filtra cząstek stałych i wymusza opłatę o wysokości tylko 3,1 proc. jego wartości (w praktyce kilkaset złotych).

WP
Materiały prasowe
Podziel się

Zakup nowoczesnej hybrydy z silnikiem o pojemności 2,5 litra, wspomaganym jednostką elektryczną, spełniającą najnowsze, surowe normy dotyczące emisji spalin i… powoduje opodatkowanie 18,6-proc. stawką akcyzy (od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy złotych). Pomysł premiera sprzed paru dni tylko sprawę pogorszy.

Cywilizowany świat od dawna wie, że uzależnianie wysokości podatku ekologicznego od pojemności silnika w samochodach nie ma najmniejszego sensu. W niemal wszystkich zachodnich krajach stawki uzależnia się od normy emisji spalin, jaką spełnia samochód i np. tego, ile dwutlenku węgla emituje do atmosfery.

W ten sposób z jednej strony promuje się nowoczesne napędy, np. hybrydowe czy elektryczne (w wielu państwach kierowcy kupujący takie auta w ogóle nie płacą eko-daniny, za darmo wjeżdżają do centrów miast etc.), a z drugiej – dba o to, by z dróg znikały trujące egzemplarze, pozbawione katalizatorów czy filtrów cząstek stałych. Wszystko w trosce o to, by żyło się nam lepiej, czyściej i zdrowiej.

WP
Lexus IS 300h (fot. Materiały prasowe) Materiały prasowe
Podziel się

Tymczasem premier Morawiecki proponuje coś zgoła innego – uderzenie po kieszeni tych, których stać na większe i droższe auto. Jaki będzie tego efekt w praktyce? Kupując np. nowego Lexusa IS 300h, który spełnia najnowszą normę Euro 6d-TEMP i emituje tylko 99 g CO2/km, można powiedzieć, że zapłaci się "karę" za to, że się ma ekologiczne auto.

Z kolei sprowadzając zza Odry 15-letniego diesla będziemy potraktowani ulgowo, bo przecież – zgodnie z filozofią premiera – silnik w tym aucie ma tylko 1,9 litra pojemności. To, że spełnia normę Euro 3, dopuszczającą kilkudziesięciokrotnie wyższą emisję szkodliwych tlenków azotu, węglowodorów i cząstek stałych, nikogo nie interesuje.

Faktu, że premierowi na sercu wcale nie leży dobro środowiska, a jedynie pomyślność państwowego budżetu, dowodzą inne dane – udział aut z dużymi silnikami w całym polskim rynku aut jest niewielki. Ze statystyk firmy Samar, monitorującej rynek motoryzacyjny w Polsce wynika, że w tylko 11,3 proc. samochodów importowanych zza granicy w tym roku miało pod maską jednostkę o pojemności powyżej 2000 cm3.

WP
Fotolia
Podziel się

A gdy spojrzy się na auta o pojemnościach większych niż 2,5-litrowe to ich udział w całości importu spada do zaledwie 6,1 proc. Dużo, dużo bardziej łakomym kąskiem są samochody nowe z dużymi silnikami, a te oferują głównie producenci klasy premium. Paranoją byłaby sytuacja, w której kupujący nowoczesnego hybrydowego Lexusa LS musiał zapłacić ekstra podatek za to, że stać go na to, by przy okazji spełniania swoich motoryzacyjnych ambicji jednocześnie dbać o środowisko.

Jeżeli politycy naprawdę przejmują się tym, co wylatuje z rur wydechowych samochodów Polaków to powinni wywrócić cały system opodatkowania aut do góry kołami. Zrezygnować z akcyzy i wprowadzić zupełnie nową daninę ze stawką, uzależnioną od normy emisji spalin i CO2.

W ten sposób mogliby promować alternatywne napędy, a przede wszystkim, zamiast snuć mrzonki o elektromobilności i "milionie polskich aut elektrycznych", na poważnie zabrać się rozwiązanie problemu, jakim są auta z powycinanymi filtrami i katalizatorami jeżdżące po naszych drogach. Niestety, póki co wszystko wskazuje na to, że rządowi bardziej niż na sprawiedliwych i mądrych rozwiązaniach zależy na pieniądzach i na dalszej penalizacji fiskalnej klasy średniej.

WP
Polub WP Moto
WP
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.
WP