Francuski fachowiec
Czyżbyśmy zatem mieli zwycięzcę naszego porównania (bo Ferrari tak poważnie niczym zastąpić się nie da, nawet w recesji)? Niezupełnie. Zapomnieliśmy bowiem o trzecim małym aucie, najbardziej niepozornym, skromnym do przesady z zewnątrz i we-wnątrz. I najtańszym. To Renault Twingo Renault Sport. Wolnossący silnik nie może bezpośrednio konkurować z turbo Mini czy „pięćsetki”, ale kręci się wysoko, niczym jednostka małej rajdówki. Krótkie przełożenie główne jeszcze potęguje wrażenie uczestnictwa w rajdzie, obroty są stale wysokie, motor aż kipi od mocy, ale brzmi tandetnie. Po prostu nikt nie wydał tu pieniędzy na strojenie dźwięku, tak jak w dwóch pozostałych supermini. Lampka przypominająca o zmianie biegu w ferworze walki jest zwyczajna, ale lepiej widoczna w dzień od tej w Fiacie. Fotele są bardzo dobre, ESP wyłącza się jednym dotknięciem ukrytego przycisku (Abarth na to nie pozwala, Mini ma dwustopniowy wyłącznik, jak każde BMW), wnętrze nie drażni obcymi dźwiękami, a z tyłu można przewieźć dwóch sporych
facetów. Tylne fotele da się przesunąć dla powiększenia bagażnika. Co, że praktyczne miejskie wozidełko? To też, ale clou zostawiłem na koniec: na typowo wyboistym polskim asfalcie Twingo jedzie fantastycznie, także wtedy, gdy kierowcy Mini JCW i Abartha 500 omdlewają z przerażenia. Zaniemówiłem z wrażenia, kiedy po raz pierwszy wsiadłem za kierownicę francuskiego autka. Przy jego wyglądzie to tak, jakby pójść do łóżka z Kopciuszkiem, a obudzić się w objęciach rzeczonej panny Knightley. Niezły interes!