Pod względem bezpieczeństwa nie mamy się czym chwalić. Polska w ogonie UE

Polskie drogi w 2017 r. okazały się najbezpieczniejsze od czasu masowej popularyzacji motoryzacji. Mimo dużej poprawy w ostatnich latach wciąż jesteśmy w ogonie Unii Europejskiej i nie jest to wina większych dystansów, które musimy pokonywać w porównaniu z mieszkańcami małych państw.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Pod względem liczby śmiertelnych ofiar wypadków na milion mieszkańców nie mamy się czym chwalić
Pod względem liczby śmiertelnych ofiar wypadków na milion mieszkańców nie mamy się czym chwalić (Materiały prasowe)
WP

Okno na Europę z kiepskim widokiem

W 2017 roku doszło w Polsce do 32 705 wypadków, w których 39 394 osób zostało rannych, a zginęło 2810. W porównaniu z rokiem 2016 liczba wypadków spadła o 2,8 proc., rannych o 3,4 proc., a ofiar śmiertelnych o 7,1 proc. Wystarczy jednak rzut oka na europejskie dane, by zacząć tracić dobry humor.

Raport o stanie bezpieczeństwa w krajach UE, który opublikowała Europejska Rada Bezpieczeństwa w Transporcie (ETSC), stawia nas w jednej trzeciej stawki pod względem spadku liczby śmiertelnych ofiar wypadków na drogach 2010-2017. Przy europejskiej średniej wynoszącej 20 proc. Polska osiągnęła 28 proc. Najlepsza była Norwegia z poprawą wynoszącą 50 proc., a najgorsza Malta, gdzie zanotowano wzrost liczby ofiar o 27 proc.

WP

To jednak koniec dobrych wiadomości. W zestawieniu liczby śmiertelnych ofiar wypadków w latach 2001-2017 jesteśmy już w czerwonej strefie. Przy europejskiej średniej wynoszącej -54 proc. Polsce udało się osiągnąć spadek wynoszący 49 proc.

Polska zajmuje ostatnie miejsce w najbardziej reprezentatywnym porównaniu. Mowa o zestawieniu, na potrzeby którego wyliczono liczbę zgonów na miliard kilometrów przejechanych zarejestrowanymi w danym kraju samochodami. Polska jest tu najgorsza z wynikiem wynoszącym 14,5. W tym zestawieniu średnia dla Unii Europejskiej to 5,9.

Materiały prasowe
Podziel się
WP

Stare rumaki, a jeźdźcy bez głowy

Co jest przyczyną takiego stanu rzeczy? Oczywiście część winy można zrzucić na niedoskonałą infrastrukturę. W porównaniu z krajami Europy Zachodniej mamy mało autostrad i dróg ekspresowych, a stan przejść dla pieszych pozostawia wiele do życzenia. Można mówić również o tym, że Polacy są znacznie mniej zamożni niż Niemcy czy Brytyjczycy. Kierowcy jeżdżą więc starszymi samochodami, w których ryzyko odniesienia w wypadku poważnych obrażeń czy poniesienia śmierci jest znacznie wyższe niż w przypadku nowych aut. Tak naprawdę jednak wiele winy ponoszą tu sami kierowcy, a część politycy.

System szkolenia kierowców w Polsce jest, delikatnie mówiąc, daleki od doskonałości. Kandydatów na kierowców przeważnie uczy się zaliczenia egzaminu, a nie tego, jak należy jeździć. Czy to się zmieni? Ministerstwo Infrastruktury chce umożliwić jazdy doszkalające w towarzystwie rodzica osobom, które starają się o prawo jazdy. Z jednej strony mogłoby to zmienić nastawienie instruktorów, którzy wówczas uczyliby tego, jak zachowywać się w ruchu. Z drugiej jednak strony na doświadczenia wyniesione z kursu praktycznego będą nakładać się wzorce przejęte od rodzica jadącego na fotelu pasażera. Jeśli zaś on sam nie potrafi dobrze jeździć, to czego nauczy córkę lub syna?

Problemem jest również to, że Polacy jako społeczeństwo są zmotoryzowani od niedawna. Nie mamy pod tym względem tak długich doświadczeń jak Francuzi, Niemcy, Szwedzi czy Anglicy. Na naszych oczach zachodzą jednak pozytywne zmiany w kierowcach. Piesi, jeszcze kilka lat temu traktowani przez wielu zmotoryzaownych z nieskrywaną wrogością, dziś mogą się cieszyć życzliwością i uwagą przynajmniej części osób w samochodach. To samo dotyczy rowerzystów. Wciąż daleko nam jednak do poziomu Szwajcarów, którzy szanują niechronionych uczestników ruchu w takim stopniu, że szkoły uczą tam dzieci prawidłowego przechodzenia przez jezdnię w rzeczywistym ruchu drogowym. Podobnie jest z młodymi osobami uczącymi się poruszania po ulicach na rowerze. U nas taki eksperyment zapewne zakończyłby się tragicznie.

WP

Nie ma też co owijać w bawełnę - gigantycznym problemem Polski jest rozwijanie zbyt dużych prędkości. Szczególnie dobrze widać to na drogach krajowych prowadzących przez miejscowości z terenem zabudowanym. Na widok znaku wjazdu do strefy niewielu kierowców zdejmuje nogę z gazu. Zmotoryzowany, który próbowałby jechać tam - w zgodzie z przepisami - z prędkością 50 km/h, spotyka się z tak agresywnym wyprzedzaniem, że powoduje to większe zagrożenie niż szybsza jazda.

Rozwiązania systemowe

Co ciekawe, zmotoryzowani nie pędzą autostradami z maksymalną prędkością rozwijaną przez samochody. Nie powstrzymuje ich przed tym policja, bo ta nie tworzy ścisłej kontroli nad tymi drogami. Powodem zachowywania rozsądku jest tu wysokie spalanie, które niezawodnie towarzyszy bardzo szybkiej jeździe. Stąd można wysnuć wniosek, że gdyby kierowcy takie samo, finansowe zagrożenie wiązali z rażącą pogardą dla prawa drogowego, sposób zachowania się na drodze zmotoryzowanych mógłby ulec skokowej zmianie. Przy maksymalnym mandacie wynoszącym 500 zł nie jest to jednak możliwe.

Wiele do zrobienia ma też policja. Musi ona zmodyfikować swoje działania tak, by uderzać w te zachowania kierowców, które wiążą się z największym ryzykiem. Świetnym przykładem jest tu choćby brak regularnego nadzoru nad przejściami dla pieszych - szczególnie na ulicach o dwóch pasach ruchu. Wszyscy życzylibyśmy też sobie, aby policyjne zalecenie z początku 2018 r., by każdy wypadek śmiertelny badać pod kątem okoliczności i ewentualnego wpływu na jego powstanie infrastruktury, stało się regułą.

WP

Polacy muszą przejść przyspieszony kurs kultury motoryzacyjnej. W przeciwnym razie pozostaniemy w ogonie Unii, a społeczeństwo będzie ponosić koszty swojej niedojrzałości. W końcu każda śmierć na drodze to nie tylko tragedia dla najbliższych, ale też wymierna strata dla społeczeństwa.

Polub WP Moto
WP
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.
WP