Na autostradzie, gdzie pasy mają szerokość kilku metrów, Arnage wreszcie może rozprostować nogi. Wciśnięcie gazu do oporu skutkuje opieszałą redukcją biegu i nagłą eksplozją momentu obrotowego, za który w dużej mierze są odpowiedzialne dwie turbosprężarki Mitsubishi. Nie przeczytacie o ich pochodzeniu w materiałach prasowych, ale trzeba przyznać, że tłoczą w pięćdziesięcioletni silnik młodego ducha. Tak, V-ósemka Bentleya o charakterystycznej pojemności 6,75 litra wywodzi się z silnika 6,23 litra zamontowanego po raz pierwszy w Bentleyu S2 z 1959 r. Wówczas miała około 200 KM i 400 niutonometrów. Teraz jej moc podskoczyła do 507 KM, a moment obrotowy urósł do gigantycznego 1000 Nm. Dość powiedzieć, że przy 100 km/h obrotomierz wskazuje ledwie 1500 obr./min. Powyżej 200 obrotów wchodzimy w zakres prędkości niedopuszczalnych w żadnym europejskim kraju. Żadnym, poza Niemcami. Korzystając z równej, szerokiej autostrady bez
żadnych ograniczeń, rozpędzam Bentleya do maksymalnej prędkości. Powyżej 260 km/h to już spore wyzwanie, bo masa i opory powietrza robią swoje i na ostatnich 30 km/h trzeba długiej, pustej prostej. W końcu udaje się, ale mam wrażenie, jakby wyprzedzane samochody rozstępowały się pod wpływem masy powietrza pchanej przez pionowy dziób Arnage'a. Staliście kiedyś na peronie w oczekiwaniu na pociąg metra? To wyobraźcie sobie, że wagony nadjeżdżają z prędkością niemal 300 km/h. Wiecie, co mam na myśli?