Impreza miała mały poślizg, ale drifterzy wyjechali zgodnie z planem, chwilę po godziną 11. Pierwsze przejazdy, choć dobre technicznie, były nieco bojaźliwe. Szybko kierowcy zobaczyli, że nie ma się czego bać i zaczęli wykorzystywać swoje umiejętności i potencjał aut nie oszczędzając ich przy tym. Jeśli ktoś uważa, że budowanym przez cały sezon zimowy samochodem na dwa tygodnie przed pierwszą punktowaną rundą Toyo Drift Cup organizowaną przez PFD nie powinno się ryzykować w tego typu „występach o pietruszkę” nie ma w sobie ducha walki. To nic, że lakier ledwo wysechł, a silnik został dotarty na noc przed pokazami, nie szkodzi, że w razie poważniejszego dzwona można nie zdążyć z wyremontowaniem auta przed rundą w Lublinie co może nie ucieszyć sponsora (nie wspominając o tym, że ewentualne uszkodzenia trzeba będzie naprawić „z własnej kieszeni”).