Trwa ładowanie...
d2i0out

Strażnicy miejscy się boją. Bez fotoradarów są niepotrzebni?

Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Strażnicy miejscy się boją. Bez fotoradarów są niepotrzebni?
(PAP/Marcin Bielecki)
d2i0out

To historia z życia wzięta. Wystarczyło porozmawiać ze strażnikami miejskimi, żeby zorientować się, jak ogromny jest lęk wśród nich. Lęk przed utratą pracy, sensu działania i resztek szacunku obywateli. Wszystko przez fotoradary, które niebawem zostaną odebrane strażom miejskim i gminnym. A tak naprawdę przez to, że im je wcześniej dano.

Zaczęło się od wykroczenia popełnionego przez niżej podpisanego. W okolicach jednego z mazowieckich lotnisk wjechałem w drogę, w którą wjeżdżać nie wolno (znak B-1, zakaz ruchu w obu kierunkach). Wjechałem i po kilkusekundowym postoju zawróciłem.

Jednak czujni strażnicy to dostrzegli. Potem było już standardowo: „Dobry wieczór panie kierowco. A widział pan ten znak? A dlaczego nie widział?”, i tak dalej. Doszło do propozycji mandatu w wysokości 400 zł i 6 punktów karnych oraz informacji, że mam prawo do odmowy... Każdy kierowca to zna.

d2i0out

Postanowiłem chwycić się brzytwy: bardzo, bardzo przeprosić i poprosić o wybaczenie oraz wyłącznie pouczenie. A jako argumentu użyłem swojego zajęcia. Pracuję w Wirtualnej Polsce i zajmuję się m.in. bezpieczeństwem ruchu drogowego – przyznałem się. Kodeks drogowy znam na wyrywki, wszelkie przepisy i zmiany w nim są dla mnie oczywiste. „A tego znaku nie widziałem, było ciemno, nikogo wokół, naprawdę bardzo przepraszam”.

Kiedy panowie strażnicy miejscy w swoim ciepłym samochodzie usłyszeli, że jestem dziennikarzem, na dodatek zajmującym się problematyką bezpieczeństwa ruchu, wypadków, znaków, prędkości i piratów drogowych, od słowa do słowa (nie przerywając stosownych kontroli moich dokumentów) zeszli na... fotoradary, które ustawodawca im odebrał. Widząc, że słucham z uwagą, zaczęli wylewać swoje żale.

Używali argumentów raczej niemerytorycznych. Mówili, że ludzie ich nie szanują, a przecież to nie oni popełniają wykroczenia, tylko kierowcy właśnie. Że ciężko się żyje, jak trzeba nakładać mandaty, no ale służba nie drużba, taką mają pracę i jakoś sobie muszą radzić. Byli jednak autentycznie zaskoczeni, że wszyscy łamiący przepisy nie przyjmują mandatów z uśmiechem i nie pędzą do banku, by dokonać stosownego przelewu.

Nie przyznawałem im racji, bo nie chciałem złościć tych, w których rękach wciąż spoczywała decyzja o moich punktach i 400 zł. Ale w środku aż się we mnie gotowało. Raport Najwyższej Izby Kontroli, który był bezpośrednią przyczyną wszczęcia przez posłów procedury odebrania strażnikom fotoradarów, był miażdżący. NIK stwierdził, że gminy, za pośrednictwem strażników, uczyniły z fotoradarów maszynki do reperowania budżetu. Że nie ma żadnego dowodu na to, że mobilne fotoradary przyczyniają się do poprawy bezpieczeństwa. Wreszcie, że strażnicy w wielu polskich miastach i gminach postępowali niezgodnie z zaleceniami policji. To właśnie policja miała wskazywać strażnikom miejsca, gdzie powinni się ustawiać z urządzeniami mobilnymi, by poprawić bezpieczeństwo (policja wie, gdzie takie newralgiczne miejsca się znajdują). Tymczasem z raportu NIK wynikało, że strażnicy tylko na początku i końcu służby kontrolowali ruch w wyznaczonych punktach, a gros czasu spędzali w takich, gdzie (choć nie wolno) kierowcy jeżdżą zbyt
szybko, ale nie jest to szczególnie niebezpieczne. Takich, gdzie kierowcy ich nie widzą, w związku z czym prawdopodobieństwo schwytania delikwenta jest większe.

O raporcie NIK i wszystkich argumentach posłów prowadzących zmiany w kodeksie drogowym myślałem, stojąc na zimnie (poza radiowozem strażników) i słuchając perorujących funkcjonariuszy. A ci cały czas mówili o piratach drogowych, że po tym jak zostaną im odebrane fotoradary, zaleją oni drogi niczym Hunowie Europę. W rzeczywistości z każdego ich słowa przebijał strach. Ogromny strach.

(fot. WP)

Panowie wiedzieli, że utracili szacunek obywateli, przestając być strażnikami porządku, a stając się strażnikami na pasku łapczywych samorządowców. I że tego szacunku prędko nie odzyskają, bo ludzie – kierowcy – są raczej pamiętliwi (już nawet nie chodzi o to, że w Polsce mundurowych, zwłaszcza tych którzy wlepiają mandaty, nie darzy się specjalną estymą). Największym ich problemem, niewypowiedzianym, był jednak lęk o byt. Strażnicy rozumieli, że z fotoradarami byli inwestycją zarabiającą dla samorządów pieniądze, a bez fotoradarów staną się kosztem. Przynosili pieniądze, a teraz będą generować straty. Fotoradary były ich sensem istnienia i legitymizacją. Stracili je, a więc droga do likwidacji straży miejskich i gminnych stanęła otworem. W wielkich miastach zapewne nic poza ewentualną redukcją liczby funkcjonariuszy im nie grozi, ale w małych mieścinach i biednych gminach naprawdę ta „niby-policja” stanie się zupełnie niepotrzebna.

d2i0out

Argumenty o piratach i bezpieczeństwie ruchu drogowego byłyby tym prostsze do obalenia, że fotoradary nie znikają w ogóle. Zgodnie z nowym prawem przejmują je funkcjonariusze ITD i policja. Kto ma zostać zdyscyplinowany, zostanie, ale szansa, że urządzenia zostaną ustawione we właściwych miejscach wzrasta. Policja, co już zostało powiedziane, wie, gdzie jest niebezpiecznie.

Ta historia pokazuje, że ustawodawcy i samorządowcy popełnili gigantyczny błąd. Wyniknął on z łapczywości. Przecież straże miejskie i gminne zostały powołane nie do nabijania gminnych kas, ale żeby pilnować porządku na najniższym z możliwych, ale jednocześnie najbliższym obywatelom poziomie. Żeby ludzie nie parkowali tam, gdzie nie wolno, nie rozjeżdżali samochodami trawników i nie śmiecili.

Tymczasem strażnikom dano narzędzie, dzięki któremu poczuli się policjantami, którymi nie są i nigdy nie powinni próbować być. Samorządowcy wyczuli łatwe pieniądze dla swoich budżetów, zagonili więc strażników do roboty przy drogach. Ci podchwycili temat i zamiast zajmować się tym, do czego zostali powołani, stali się techniczną obsługą fotoradarów. Przy okazji zostali znienawidzeni przez kierowców, a więc większość obywateli. O ile bowiem człowiek, który staje na trawniku jest sobie w stanie jakoś wyjaśnić, że dostaje mandat, bo po prostu zrobił źle, o tyle trudno tego oczekiwać od kogoś, kto przekracza prędkość o kilka kilometrów na godzinę, zazwyczaj w miejscu, gdzie nie ma żadnego zagrożenia dla bezpieczeństwa ruchu drogowego. A niemal zawsze w takich miejscach ustawiali się strażnicy ze swoimi urządzeniami (a nie np. przy szkołach, gdzie dyscyplinowanie kierowców miałoby głęboki sens).

Mleko się rozlało, ale na szczęście ktoś poszedł po rozum do głowy i zatrzymał to szaleństwo (ustawodawcy, na dodatek niemal jednogłośnie). Teraz po prostu trzeba poczekać, aż strażnicy przestaną tęsknić za „starymi, dobrymi czasami” i zrozumieją, że nie były one dobre ani dla nich, ani dla tych, którym powinni służyć, czyli mieszkańców danej gminy.

MAK

Zobacz bestsellery opon zimowych!

d2i0out

Podziel się opinią

Share

d2i0out

d2i0out